Powracam z kolejnym rozdziałem "Obudź się" tak jak obiecałam. Miałam zamiar wstawić to wczoraj, ale jakoś mi to nie wyszło. I z nową informacją, a woęc napisałam już pierwszy rozdział "New Life" teraz tylko muszę go przepisać na tablet i będzie okej.
Mam ferie i siedząc w domu mam napad nagłej weny. Jeden pomysł przychodzi za drugim i sama nie wiem co mam pisać.. No ale cóż, takie życie. :D
Dobra nie zanudzając was moimi głupotami, zapraszam do czytania. =^.^=
~•~•~•~•~•~•~•~•~•~•~•~•~•~•~•~•~•~•~•~•~•~
Tytuł: "Obudź się..."
Ilość: 6/7
Rodzaj: Smut, AU, Fluff
Paring: JRen
Fandom: NU'EST
*Minhyun*
Jakieś piętnaście minut po moim telefonie chłopaki byli już w szpitalu.
Z hukiem wpadli na korytarz, aż ludzie popatrzyli na nich z mieszaniną strachu i oburzenia. Oni nie przejmując się tym, od razu podbiegli do mnie i JR'a. Aron złapał mnie za ramiona i przyciągnął do siebie, mocno przytulając. Objąłem go w pasie, twarz chowając w jego torsie.
-Ciii... Już nie płacz... Spokojnie - szeptał mi na ucho, głaszcząc po plecach. Chwilę mi to zajęło, ale w końcu uspokoiłem się. - Już, okej? - spytał, a ja pokiwałem twierdząco głową. - To teraz powiesz, co się dzieje?
Zanim w ogóle zdążyłem otworzyć usta, odezwał się Jonghyun.
-Ren umiera - powiedział beznamiętnym głosem, zupełnie, jakby go to nie obchodziło. Jednak coś mi tu nie pasowało. Przyjrzałem się mu i upewniłem się, co do moich przemyśleń. On udawał... Znowu udawał. Widziałem to po nim. Pod maską obojętności kryła się rozpacz i ból, a głos, mimo, że bez emocji - drżał.
-Co? - nie dowierzał Baekho. - Nie wierzę w to. Nie Ren, on nie poddałby się tak łatwo. Nie, nie, nie... - pod koniec zaczął płakać i przytulił się do Jasona. - On nie może umrzeć, nie może... - to były jego ostatnie słowa, zanim rozkleił się totalnie.
-Płakanie nic nam nie da. Usiądźmy i w spokoju poczekajmy na jakieś informacje. - powiedział Aron, który chyba, jako jedyny z nas myślał racjonalnie.
-Na, jakie ty chcesz kurwa informacje czekać, co? Bo ja nie chcę za chwilę usłyszeć o tym, że Ren nie żyje. To chcesz usłyszeć, co?! Nie wiem jak ty, ale ja tego nie chcę! Wychodzę.
-Tak, idź kurwa! Pokaż jak bardzo ci naprawdę na nim zależy! Olej to, tak jak wcześniej! Ty na pewno tak na prawdę nie kochasz, tylko powiedziałeś tak, żebyśmy cię nie obwiniali! Jesteś zwykłym dupkiem i nikim więcej! - krzyknął na koniec. Złapałem go za ramię, a on spojrzał na mnie.
-Uspokój się. Nich idzie się przewietrzyć, dobrze mu to zrobi - powiedziałem ukochanemu, a następnie zwróciłem się do JR'a: - Idź się trochę uspokoić, co?
Pokiwał twierdząco głową i spojrzał na mnie z wdzięcznością, kiwnąłem mu głową, a on skierował się w stronę wyjścia.
Oparłem głowę o ramię Arona, wzdychając cicho.
Nawet nie wiem, w którym momencie, zmęczony całą tą sytuacją z Renem, zasnąłem obejmowany przez chłopaka.
*JR*
Wyszedłem na zewnątrz, kierując się w stronę małego parku za budynkiem szpitalu.
Przeszedłem brukowaną drogą jakieś sto metrów, zanim usiadłem na jednej z ławek. Zwykła, lekko podniszczona, pomalowana na zielono ławeczka, których wiele na całym świecie.
To wszystko moja wina, tylko i wyłącznie. Gdybym go tak nie traktował, to nie wyszedłby tamtego dnia z domu i nic by mu się nie stało.
Gdy maszyna tak nagle zaczęła wariować, przeraziłem się. Nie wiedziałem, co się dzieje.
Czy to już koniec? Czy Ren odejdzie z tego świata na zawsze? Czy już nigdy go nie zobaczę?
Nie chciałem tego. Dlaczego to nie mogłem być ja? Dlaczego to Ren musi tu leżeć, nie ja? Tak bardzo chcę, żeby on żył. Mógłbym oddać za niego życie. Żałuję wszystkiego, co dotychczas mu zrobiłem... Zostaje mi tylko jedno pytanie: Co by było gdyby...?
Co by było gdybym powiedział mu, co do niego czuję?
Co by było gdyby on też mnie pokochał?
Ja przez mgłę pamiętam, co się potem działo. Próbowałem ukryć swój ból pod maską obojętności.
Kłamałem, znowu kłamałem.
Jedyną osobą, którą wiem, że nie oszukam jest Minhyun. On za dobrze potrafi interpretować ludzkie uczucia. Mu nic nie umknie.
Potem pokłóciłem się z Aronem-hyungiem. W tamtym momencie wszystko, co tłumiłem w sobie, cały ten ból, wybuchł we mnie i dosłownie wykrzyczałem to, co czułem, moje obawy. Coś mi się wydaje, że będę musiał potem przeprosić hyunga za moje zachowanie.
W pewnym momencie poczułem czyjąś obecność obok siebie. Odwróciłem się w tamtą stroną i zobaczyłem wysoką, szczupłą dziewczynę. Powiedziałbym nawet, że jest piękna, gdybym nie widział osoby najpiękniejszej ze wszystkich (dla niedomyślnych: chodzi oczywiście o Rena). Miała ciemne włosy i ciemne oczy.
-Cześć, jestem Yoojin - przywitała się słodkim do znudzenia głosikiem. Aż myślałem, że rzygnę tęczą.
-Jonghyun - powiedziałem oschle i wróciłem do bezsensownego gapienia się przed siebie.
-Co taki przystojny chłopak robi sam pod szpitalem, co? - dziewczyna nie dawała za wygraną. Hymm, jakby to rozegrać, tak, żeby się odczepiła...? Czy ona nie widzi, że nie chcę z nią gadać, czy jest jakaś ślepa? O, już wiem.
-Czekam, na jakieś informacje odnośnie stanu mojego chłopaka - opowiedziałem prosto z mostu. Mina tej dziuni była bez cenna. Wyrażała jednocześnie szok i obrzydzenie. To było mega komiczne. Na moją twarz wkradł się wredny uśmieszek.
-Naprawdę? A co mu się stało? - teraz to ja się zdziwiłem. Myślałem, że jak powiem jej, że jestem geje, to zacznie mnie wyzywać od pedałów, a następnie odejdzie. A ona dalej pyta.
-Yyy. Jest w śpiączce, właściwie lekarze właśnie w tej chwili walczą o jego życie. Nie wiadomo, czy przeżyje.. - opowiedziałem jej lekko załamanym głosem.
-Przykro mi, ale wiesz jak umrze, a ty będziesz samotny, możesz do mnie przyjść - powiedziała, pochylając się nade mną, ostatnie słowa wyszeptując mi na ucho zmysłowym głosem. Złapała moją rękę i wcisnęła mi do dłoni jakiś papierek.
Oniemiały nie mogłem nawet zaprotestować.
Dopiero, co mówiła, że jej przykro, a teraz dosłownie proponuje mi sex. Dziwne...
E tam, pewnie to jakaś dziwka szukająca nowego klienta. Sorry, ale trafiłaś pod zły adres.
Wzruszając ramionami, podniosłem się i skierowałem swoje kroki w stronę białego budynku.
Od razu udałem się pod salę Ren, ale zdziwiłem się nie zastając tam chłopaków.
Gdzie ich do cholery wcięło?
Podszedłem do jakiejś kobiety siedzącej pod ścianą.
-Przepraszam, nie widziałam pani czterech chłopaków? Siedzieli tam - wskazałem miejsce i spojrzałem z powrotem przeniosłem wzrok na moją rozmówczynię.
-Tych, co tak wpadli tutaj jak do zoo?
Zaśmiałem się na to stwierdzenie. Nawet kobieta nie wie jak blisko prawdy była.
-Tak, właśnie tych.
-Rozmawiali z lekarzem, a potem weszli do sali, tej z numerem 15.
-Dziękuję bardzo - ukłoniłem się i odszedłem.
Co się stało skoro doktor ich wpuścił? To znaczy, że Ren żyje.
Od razu na mojej twarz wykwitł uśmiech pełen nadziei. Podbiegłem do drzwi i otworzyłem je.
Gdy dotknąłem klamki cała moja pewność zniknęła. Niepewnie wszedłem do środka, bojąc się, co zobaczę.
Łzy popłynęły po moich policzkach na widok przede mną.
Chłopaki siedzieli z uśmiechami pełnymi ulgi i szczęścia wokół łóżka. Przez nich nie widziałem nic więcej.
Na dźwięk otwieranych i zamykanych drzwi wszyscy odwrócili się w moją stronę i właśnie wtedy go zobaczyłem.
Siedział na łóżku otulony białą kołdrą. Twarz nadal miał bladą, włosy okalały delikatną twarz. Jak zawsze wyglądał pięknie. Czekoladowe oczy patrzyły na mnie z widocznym szokiem. Podszedłem do jego łóżka i lekko się uśmiechnąłem.
Ni wiedziałem jak zareaguje na moja obecność, nie wiedziałem czy mnie nienawidzi czy nie. Balem się.
Co jeśli Ren mnie nienawidzi? Nie dziwiłby mu się.
-Ren... - wyszeptałem i podszedłem bliżej. Nie wiedziałem, co mu powiedzieć. Już wiem, najbardziej istotna rzecz. - Przepraszam.
Popatrzył na mnie jak na wariata.
-Za, co? - spytał zdziwiony.
Popatrzyłem znacząco na Minhyuna. Kiwną potakująco głowa, ze zrozumiał.
-To my was zostawimy samych... - powiedział i pociągnął Arona za sobą do wyjścia. Za nimi poszli Baekho z Jason'em. Zostałem sam z Renem.
Ten patrzył na mnie wyczekująco.
Gdy nie odzywałem się dłuższą chwile, powtórzył pytanie.
-Za wszystko, za to jak cię traktowałem, jaki bylem... Za to ze ci nie pomogłem, ze nie zdążyłem... Ze zostałeś... zostałeś tak skrzywdzony - po tych słowach rozpłakałem się. Schowałem twarz w dłonie. - To wszystko moja wina... - wyłkałem.
-Jonghyun... Nie masz, za co przepraszać. To nie twoja wina tylko moja. Wyłącznie, rozumiesz? Gdybym wtedy nie wyszedł z domu nic by się nie stało.
-Ale, ja ci nie pomogłem.
-Nie mogłeś, nikt nie mógł. Nic nie dało się zrobić, było już za późno. Słyszysz mnie? Nie obwiniaj się.
Niepewnie pokiwałem głowa, chociaż ja i tak wiedziałem swoje. Wiedziałem, ze nigdy nieprzestane się obwiniać.
Do sali wrócili chłopaki. Minhyun spojrzał na mnie pytająco. Pokręciłem głową, zaprzeczając.
-JR, mogę cię na chwile prosić? – młodszy nie dawał za wygrana.
-Yhym.. - mruknąłem niechętnie, wiedząc, jaka rozmowa mnie czeka.
Wyszliśmy przed sale.
-Powiedziałeś mu? - od razu zadał dręczące go pytanie.
-Nie, jeszcze nie.
-A, kiedy zamierzasz to zrobić? Powiedziałem chłopakom, żeby nic nie mówili Renowi, ty masz sam mu to powiedzieć.
-Ale on pewnie po tym wszystkim mnie nienawidzi.
-I tu się mylisz.
-Co masz przez to na myśli.
-Bo jest coś, o czym wcześniej ci nie powiedziałem.
-Czyli? - zaczynał się niecierpliwić.
-Dzień przed tym wypadkiem rozmawiałem z Renem. Pamiętasz wtedy, co wychodziłem z jego pokoju, spotkałem cię, chciałem z tobą porozmawiać, ale ty poszedłeś do łazienki.
Przypomniałem sobie ta sytuacje. To było tego dnia, kiedy ostatni raz widziałem Rena, płakał, przeze mnie.
Pokiwałem głowa.
-Już wtedy chciałem ci to powiedzieć, ale jak wspomniałem wcześniej nie chciałeś ze mną rozmawiać.
Coraz bardziej się niecierpliwiłem.
-Wykrztusisz to wreszcie czy nie?! - i moja cierpliwość poszła się jebać.
-Ren tez cię kocha - powiedział na jednym wydechu.
-Co?! Dlaczego mi tego nie powiedziałeś wcześniej, do cholery?!
-Z-zapomniałem.
Westchnąłem cierpiętniczo.
-Powiem mu to jak wrócimy do domu - postanowiłem.
Wróciliśmy na sale i resztę dnia spędziliśmy przy łóżku maknae.
Ren śmiał się razem z nami. W ogóle nie wyglądał na ofiarę gwałtu.
Myślałem, ze będzie panikował, płakał i histeryzował. A tu takie zaskoczenie. Śmieje się, żartuje.
Ale jak się później okazało były to tylko pozory, taka dobra gra aktorska.
Gdy już mieliśmy wracać Ren zaczął panikować. Bal się zostać sam.
Popatrzyliśmy na siebie trochę przestraszeni. Nie mogliśmy zdecydować, który ma zostać z najmłodszym w szpitalu, wiec zaproponowaliśmy, żeby to Ren wybrał.
Chłopak patrzył to na mnie, to na Minhyuna. Minhyun patrzy na Arona, a ja w podłogę.
Ren chyba wyczul, ze miedzy Minem, a Aronem coś jest, wiec zatrzymał na mnie wzrok. Ucieszyłem się na jego wybór. To chyba znaczy, ze mi ufa, ze mnie nie nienawidzi.
-JR masz się dobrze zaopiekować moim przyjacielem, rozumiemy się? - powiedział na odchodne Minhyun. Niby normalne upomnienie, ale ja wiedziałem, o co mu chodzi.
Chce, żebym powiedział Renowi o moich uczuciach. Spróbuję. Obiecuje, ze spróbuję.
Chłopaki pożegnali się z nami machając radośnie. Z uśmiechem oddałem gest.
Przez pewien czas miedzy nami panowała cisza, która odważył się w końcu Ren.
-Dziękuję - szepnął, rumieniąc się. Wyglądał tak słodko i bezbronnie, ze uśmiech sam automatycznie wpłynął na moja twarz.
-Nie ma, za co dongsaeng.
Oczy rozszerzyły mu się z zaskoczenia. Nigdy się tak do niego nie zwracałem, zawsze były to wyzwiska i obelgi
-C-co? Jak ty mnie nazwałeś?
-Dongsaeng. Przecież nim jesteś, prawda?
-T-tak. Tylko ty nigdy tak do mnie nie mówiłeś.
-Wiem, ale teraz będzie inaczej.
-Jeśli chcesz być dla mnie miły z litości, to możesz wyjść. Nie potrzebuje jej. Nie jestem dzieckiem.
-Ale...
-Naprawdę, to żałosne. Nie chce t...
Tym razem to ja nie dałem mu dokończyć. Straciłem cierpliwość już przy rozmowie z Minhyunem, wiec nikogo nie powinien dziwić mój nagły wybuch.
-KOCHAM CIE! TO NIE ŻADNA PIERDOLONA LITOŚĆ, ROZUMIESZ?! JA CIE NAPRAWDĘ KOCHAM!
Ten patrzył zszokowany na mój wybuch. Zakryłem usta dłonią. Przecież miałem poczekać trochę z tym wyznaniem, przynajmniej do czasu, aż Rena wypuszcza ze szpitala. Eh, co się stało nie odstanie się.
-C-co?
-Tak, kocham cię.
Spodziewałem się jakiegoś wybuchu radości, myślałem ze rzuci mi si na szyje, a on zaczął... płakać.
-Ren, co się stało? - przestraszyłem się, nie wiedziałem, co mam robić.
-Dlaczego mi to zrobiłeś..? Dlaczego mi nie powiedziałeś?
-Ren, o co chodzi?
-To twoja wina... Twoja... Gdyby nie ty, to by się nie stało.. - łkał dalej.
Co? Co jest moja wina? O co mu chodzi? Nie miałem zielonego pojęcia.
Jego następne słowa totalnie mną wstrząsnęły.
-Gdyby nie miłość do ciebie nigdy by do tego nie doszło. Nigdy bym nie został...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz