:)

:)

środa, 10 grudnia 2014

,,Obudź się..." Rozdział 3

''Obudź się...'' Rozdział 3

Hejka. A więc skoro moja Unni chciała, żebym wstawiła ten przeklęty 3 rozdział to wstawiam. Może wtedy przestanie mnie z tego powodu w szkole męczyć. Dobra, nie chce mi się nic pisać. Jestem leniwa, no ale okej.
Nie wiem kiedy pojawi się kolejna notka, ale może trochę czasu minąć.
Zapraszam do czytania (jeśli ktoś to w ogóle czyta)

*****************************************************************

Tytuł: "Obudź się..."
Ilość: 3/?
Rodzaj: AU, Smut
Pairing: Jren
Fandom:NU'EST
Ilość słów: 914

*JR*
Biegłem najszybciej jak mogłem. Nigdy nie bałem się tak jak teraz. Dopiero teraz zrozumiałem, że gdyby go zabrakło, ja nie mógłbym żyć. Musiałem zdążyć. Przestraszyłem się bardziej, gdy krzyk nie rozległ się ponownie. Czy już za późno? Spóźniłem się? Czy Ren już nie… nie żyje? Nie, to nie możliwe.
Skręciłem w boczną ulicę. Było tam ciemno, żadnego światła, nawet jednej popierdolonej latarni. Na końcu było rozwidlenie. Nie miałem pojęcia, w którą stronę dalej iść, więc stanąłem i przysłuchiwałem się. Z prawej strony usłyszałem jakieś śmiechy i głosy, skierowałem się tam i zobaczyłem, co się działo.
Tyłem do mnie stały trzy osoby. Po ich budowie poznałem, że to mężczyźni. Stali w półkolu, ledwo trzymając się na nogach, przez zbyt dużą ilość alkoholu.
-No, no… Dobry jesteś mały… Nie tak zła dupa… Chociaż myślałem, że jesteś dziewczynką… - zaśmiał się ten stojący po środku. Spojrzałem w dół, na ziemię. Pod ich nogami leżała skulona postać, nie widziałem twarzy, ale rozpoznałem go po włosach. Ren.
Nie wiedząc co robię, rzuciłem się do przody i jednym silnym ciosem powaliłem najbliżej stojącego mnie mężczyznę. Następnie jego los podzieliło dwóch jego kumpli. Jednemu krew polała się z nosa. Spojrzałem na nich z odrazą i nienawiścią. Ledwo wstawali na nogi podpierając się o ściany budynków, otaczających nas.
-Wypierdalać mi stąd, już – warknąłem, wskazując palcem wyjście z zaułka.
Wstali i poszli we wskazana stronę.
Nie tracą ani chwili, podbiegłem do chłopaka.
-Ren! – krzyknąłem, upadając na kolana obok niego. – Ren, powiedz coś! Odezwij się!
Przyjrzałem się mu. Był cały we krwi, na całym ciele miał liczne rany, co było widać, gdyż był obdarty z ubrania, które w strzępach leżało wokół niego. Ja pierdolę, co oni mu zrobili? Oni go chyba zg… zgwałcili. Z moich oczu popłynęły łzy bezsilności i bólu. Załamałem się, nie wiedziałem co mam robić. Jeszcze raz nim potrząsnąłem. Nie ruszył się. Nie otworzył tych swoich pięknych, brązowych oczu i nie spojrzał na mnie. Nie, on musi żyć! Nie może mnie zostawić! Po prostu nie może!
-Rennie, proszę cię, nie odchodź. Obudź się. Proszę, błagam. Kocham cię. Nie zostawiaj mnie – płakałem coraz bardziej. Olśniło mnie dopiero, gdy złapałem go za rękę. Muszę zadzwonić na pogotowie. Wyjąłem telefon i wybrałem numer. Po dwóch sygnałach usłyszałem kobiecy głos:
-Pogotowie ratunkowe, słucham?
-Dzień dobry… - krótko wyjaśniłem co się stało i rozłączyłem się.
W Końcu, po pięciu minutach, karetka dotarła na miejsce. Od razu wsadzili Rena, stwierdzając, że stracił dużo krwi, jakby nie było tego widać, patrząc na miejsce w którym leżał chłopak. Pojechałem razem z nim, ani na chwile nie puszczając jego jęki i cały czas płacząc. Po przyjeździe do szpitala od razu trafił na salę operacyjną.
Jakiś czas siedziałem na krześle, chowając twarz w dłoniach i płacząc cicho, aż zadzwonił mój telefon. Nie patrząc nawet na wyświetlacz, kto dzwoni, odebrałem:
-Halo? – powiedziałem do słuchawki płaczliwie, nie starając się nawet ukryć tego, że płaczę. Jak mógłbym udawać, gdy osoba, którą kocham najbardziej na świecie, jest właśnie operowana i nie wiadomo nawet czy będzie żyła?
-JR, ośle, gdzie ty kurwa jesteś? Wiesz która jest godzina? Po północy, a ciebie i Rena dalej nie ma w domu! – usłyszałem po drugiej stronie. Dzwonił Minhyun.
-Minhyun… My dzisiaj nie wrócimy – mruknąłem z rozpaczą.
-JR, co ty pierdolisz? – zatrzymał się. – Ty płaczesz? Co się stało? Gdzie jesteś?
-Jestem w szpitalu. Bierz chłopaków, wsiadaj w samochód i przyjeżdżaj jak najszybciej – powiedziałem i rozłączyłem się zanim chłopak zdołał odpowiedzieć choćby słowo, a następnie wyłączyłem telefon.
Po jakiejś pół godzinie dotarła reszta. Wytłumaczyłem im co się stało, nawet nie próbując ukryć przed nimi swojego bólu. Miałem dość udawania. Wszyscy płakali, byli wstrząśnięci tym co się stało, nie mgli w to uwierzyć. Byli również zdziwieni moją postawą. No tak w końcu oni myśleli, że ja go nienawidzę. Nie powiedziałem im o co chodzi, dlaczego tak nagle się zmieniłem, tylko wzruszyłem ramionami. Lecz w końcu nie wytrzymałem, musiałem z kimś o tym porozmawiać, a jedyna osobą, która była blisko z Renem jest Minnie.
-Minnie-ah mogę cię prosić na chwilę – spytałem, niepewnie patrząc na chłopaka.
-Jasne, hyung – odpowiedział.
Odeszliśmy trochę, żeby mieć pewność, że nikt nie usłyszy. Młodszy popatrzył na mnie z pytaniem w oczach.
-O czym chciałeś ze mną porozmawiać?
-Bo widzisz… - nie wiedziałem jak zacząć. – Ciebie pewnie też zastanawia moje zachowanie, prawda?
-No, zastanawia. Więc powiesz o co chodzi?
-Zauważyłeś, że byłem względem Rena oschły, wredny i w ogóle zachowywałem się jak dupek? – kiwną potakująco głową, więc kontynuowałem: - Zachowywałem się tak nie dlatego, że go nienawidzę, tylko dlatego, że… - zaciąłem się, słowa nie chciały mi przejść przez gardło.
-Że go kochasz – powiedział Minhyun. Spojrzałem na niego zaskoczony.
-S-skąd wiesz? – wyjąkałem.
-Domyśliłem się – odpowiedział po prostu.
-Co? Kiedy?
-Dzisiaj, jak opowiadałeś co się stało. Widziałem ból w twoich oczach, dlatego się domyśliłem, ale nic nie mówiłem. Był on tak widoczny, że dziwię się, że chłopaki tego nie zauważyli. Wolałem poczekać, aż sam się do tego przyznasz.
-Więc pomożesz mi w tym, żeby Ren mi wybaczył moja głupotę? – spytałem z nadzieją.
-Jasne – uśmiechną się smuto. Pewnie myślał o tym samym co ja. O tym, że już nigdy możemy z nim nie porozmawiać.
Minhyun położył mi rękę na ramieniu w przyjaznym i pocieszającym geście i powiedział:
-Wszystko będzie dobrze hyung, zobaczysz.
-Mam nadzieje Minnie – odpowiedziałem.
Wróciliśmy do chłopaków. Usiedliśmy i z niecierpliwością, ale i strachem czekaliśmy na koniec operacji.
Po dwóch godzinach z sali wyszedł lekarz, a jego mina nie wróżyła nic dobrego. Upadłem na kolana, czując, że moje serce pęka na pół. Płakałem jak nigdy dotąd w całym moim życiu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz