:)

:)

czwartek, 26 lutego 2015

"New Life" Rozdział 2

Hejka wam.
Wstawiam kolejny rozdział "New Life" i mam nadzieję na więcej komentarzy niż dotychczas. Nie będę się rozpisywać.
Zapraszam do czytania i komentowania.

***********************************************************************************




Tytuł: "New Life"
Ilość: 2/?
Rodzaj: Smut, AU, Slash
Paring: HanJoo, Luhan x Say, Minho x J-Da, JongKey (paringi stopniowo mogą się zmieniać, ale w tym rozdziale istnieją takie)
Fandom: TOPP DOGG, EVOL, SHINee, EXO
Ilość słów: 3 396
Ostrzeżenia: Przekleństwa (jak zawsze)

   *B-Joo*
 Obudziłem się z krzykiem, cały zlany potem. Znowu śnił mi się TEN dzień. Najgorszy w całym moim dotychczasowym życiu. Dzień, którego ponad wszystko pragnąłem zapomnieć. Od mojej rozmowy z Hansolem minął już miesiąc, a ja dalej nie mogłem wyrzucić z głowy wspomnień, które on wtedy przywołał. Wspomnienia te, jak bumerang wciąż do mnie wracały. W nocy, w snach, gdy tylko zamknę oczy od razu widzę całą scenę, jakby wszystko to działo się w tym momencie. Dokładnie pamiętam emocje, jakie wtedy mną targały. Strach. Przerażenie. Niedowierzanie. Ból straty. Nigdy o tym nie zapomnę, niestety. Dlaczego nic wtedy nie zrobiłem? No tak, byłem dzieckiem. Miałem zaledwie osiem lat. Co dzieciak może zrobić? Nic. Obwiniałem się o to, chociaż wiem, że nic kompletnie nie mogłem zrobić.
 Pewnie zastanawiacie się, o czym ja mówię, więc opowiem całą historię o samego początku.
 Urodziłem się w bogatej rodzinie. Mój ojciec był prezesem w jednej z najlepiej prosperujących firm w Korei. Było ekstra. Lepszego życia sobie wymarzyć nie mogłem. Miałem wszystkiego pod dostatkiem, ale nie byłem zarozumiałym dupkiem jak większość dzieciaków z kasą. Byłem miły dla wszystkich i wszystkich traktowałem jednakowo. Byłem kochany przez wszystkich. Rodzice cieszyli się razem ze mną. Tato rzadko bywał w domu przez wyjazdy i nawał pracy, ale nie narzekałem. Odpłacał mi to w weekendy, które przeznaczał wyłącznie dla mnie. Mama wychodziła wtedy spotkać się z koleżankami. TO stało się właśnie w taki dzień. W sobotę tato zabrał mnie do domku wypoczynkowego w górach. Cieszyłem się. Myślałem, że to będzie najszczęśliwszy dzień w moim życiu, a zmienił się w koszmar. Pamiętam, że siedziałem w moim tymczasowym pokoju i bawiłem się zabawkami, gdy do pomieszczenia wpadł zdyszany tato i kazał mi biec za nim. Pobiegłem. Widziałem strach na jego twarzy. Pytałem czy coś się stało, ale on nie odpowiadał. Powiedział, że się zabawimy. Otworzył klapę w podłodze w salonie i kazał mi wejść do środka. To było jakieś ciemne przejście. Posłuchałem go. Powiedział, że pod żadnym pozorem mam nie wychodzić, ani nic nie mówić, dopóki mama mnie nie znajdzie. Zgodziłem się, nie podobała mi się ta zabawa, ale co innego miałem zrobić. Tato opuścił klapę, zrobiło się całkowicie ciemno, ale przez szparę widziałem cały pokój. Tato stał na środku, jakby na coś czekał. Po chwili do szyby zostały wybite, a w pomieszczeniu znaleźli się mężczyźni z bronią w rękach. Pamiętam tylko wystrzał, krzyk i tatę upadającego na ziemię. Wiem, że płakałem. Nie krzyczałem, tak jak obiecałem, ale bezgłośnie łkałem skulony pod ścianą. Cała podłoga zabarwiła się krwią, a ja siedziałem i płakałem dopóki mama mnie nie znalazła i nie zabrała z stamtąd.
 To właśnie cała historia. Niezbyt wesoła, wiem. Niestety takie życie. To właśnie przez to wydarzenie jestem taki, jaki jestem. Wredny, opryskliwy, sarkastyczny. Już nie ma tego słodkiego chłopczyka, co kiedyś i wątpię, żeby on kiedykolwiek wrócił.
 Poszedłem do łazienki, żeby wziąć prysznic. Czysty i przebrany zszedłem na dół zjeść śniadanie. W kuchni zastałem Hansola jedzącego płatki. Na powitanie rzucił:
 -Co się tak rano wydzierałeś, co?
 -Nie twój interes - odpowiedziałem. Stanąłem do niego tyłem i wyciągnąłem miskę z górnej szafki.
 -Księżniczka miała zły sen? - droczył się dalej.
 Zaprzestałem wykonywanej czynności, czyli nasypywania płatków do naczynia i nie odwracając się do niego wycedziłem:
 -Zatkaj się tymi płatkami, albo nie czekaj... Udław się nimi. Cokolwiek, ale się nie odzywaj.
 Skupiony na utrzymaniu mojego gniewu wewnątrz, nie zwracałem na niego najmniejszej uwagi, do czasu, aż poczułem jego dłonie na swoich biodrach.
 -Nie złość się, bo złość piękności szkodzi. Chociaż tobie to i tak już raczej nie grozi.
 -Zabieraj te obleśne łapska, jeśli nie chcesz ich stracić.
 -A, co ty mi możesz zdobić? - zapytał, jakby nie wierzył w to, że mogę być groźny.
 -Więcej niż myślisz...
 Chodziło mi o zabicie go, ale idiota to idiota i oczywiście zrozumiał to inaczej niż trzeba. Położył podbródek na moim ramieniu i lekko pocałował mnie w szyję. Zadrżałem.
 -Na przykład małego lodzika? - mruknął mi do ucha, następnie je przygryzając.
 -A idź w cholerę, ty zboczeńcu jeden - powiedziałem i odepchnąłem go od siebie.
 -No przecież żartowałem - mruknął. - Palcem nawet bym cię nie tknął.
 -Ciekawe.. Wiesz, gdybyś nie zauważył to nie ja ciebie już dwa razy pocałowałem, tylko ty mnie... - wypomniałem mu.
 -Było, minęło i nie wróci - wywnioskował. - Znasz takie przysłowie?
 -Tak i mam nadzieję, że będziesz się go trzymał.
 -Z pewnością - zapewnił z nutką złośliwości, jakby tak naprawdę wcale nie zamierzał dotrzymać tej obietnicy.
 W tym momencie do kuchni weszła moja mama, już ubrana i pomalowana.
 -Cześć chłopcy - powiedziała na powitanie.
 -Hej mamo - odpowiedziałem, całując ją w policzek.
 Uśmiechnęła się na ten gest. Kiedy byłem mały zawsze tak robiłem, ale potem był TEN dzień, a my oboje byliśmy w głębokiej żałobie po stracie taty.
 -Dzień dobry, proszę pani - odezwał się uprzejmie Hansol. Aż zdziwiony na niego spojrzałem. Od kiedy to on jest miły?
 -Jaka tam pani - mama zaśmiała się i obdarzyła chłopaka pięknym uśmiechem. - Mów mi po imieniu.
 -Dobrze Jieun - zgodził się. - Jak na matkę jesteś bardzo ładna. Nie dziwię się ojcu, że się w tobie zakochał - stwierdził. Wytrzeszczyłem oczy. Czy mi się kurwa wydaje, czy on zarywa do mojej matki? On naprawdę nie ma mózgu.
 -Dziękuję za tak piękny komplement - odpowiedziała. Ona widocznie odebrała jego słowa inaczej niż ja. - Jedliście już coś?
 -Tak - odpowiedzieliśmy jednocześnie. Kłamałem, ale po rozmowie z Hansolem ode chciało mi się jeść.
 -To dobrze. Podwieźć was do szkoły?
 -Tak - znów chórem.
 -No to się zbierajcie.
 Gdy byliśmy już na zewnątrz zaczęła się kłótnia o to, kto będzie siedzieć z przodu, więc mama powiedziała, że obaj będziemy siedzieć z tyłu. I tak wylądowałem na jednym siedzeniu z tym palantem, któremu chyba bardzo się nudziło. Mama zajęta prowadzeniem nie zwracała na nas uwagi. Hansol wykorzystując to zaczął molestować moje udo i kolano. Ręką na zmianę kładł albo na kolanie albo na wewnętrznej stronie uda. Cholera, po co ja zakładałem tak cholernie obcisłe rurki? A on obiecał, że więcej mnie nie dotknie. Ale nauczony nie poświęcałem mu najmniejszej uwagi nieprzerwanie pisząc z Xero, który również był w drodze do szkoły.
 -Mamo, wysadź mnie tutaj, co? Dalej pójdę z kolegą - powiedziałem, zauważając w tłumie rzucającą się w oczy czerwoną czuprynę Jiho.
 -Okej - odpowiedziała i zrobiła to, o co ją poprosiłem.
 Wyskoczyłem, rzucając krótkie "do zobaczenia" i podbiegłem do Jiho wskakując na jego plecy, dzięki czemu udało mi się go porządnie wystraszyć.
 -Kurwa, B-Joo, pogięło cię, czy jak? Zawału prawie przez ciebie dostałem.
 -Oj, nie przesadzaj. Za młody jesteś na zawał - dalej śmiałem się z jego miny. - Żałuj, że nie widziałeś wyrazu swojej twarzy, to było komiczne.
 -Haha, bardzo kurwa śmieszne - powiedział pod nosem. - Chodź, a nie się śmiejesz.
 -Idę, idę. I tak zawsze się spóźniałeś, więc ro pewnie nie robi ci różnicy...
 -To, co innego... Może dzięki tobie przestanę? Dobra, chodźmy już.
 W końcu się uspokoiłem i mogliśmy ruszyć z miejsca. Droga do szkoły była krótka, ale połącznie mnie i Xero to mieszanka wybuchowa. Ludzie patrzyli się na nas jak na wariatów lub zagrożenie społeczne, gdy szliśmy przepychając się i śmiejąc. Ogólnie to nigdy nie mówiłem, że my jesteśmy normalni, więc z pretensjami nie do mnie. Do tego w którymś momencie Xero włączył piosenkę G-Dragona, więc doszło do tego darcie japy na cały regulator. Nie wiem, jakim cudem, ale jakoś udało nam się w końcu w jednym kawałku dojść pod bramę szkoły. I tam przeżyłem szok.
 Przed wejściem na teren placówki stał mężczyzna. Miał na sobie garnitur i z daleka było widać, że facet ma kasę. Uczniowie patrzyli na niego zdziwieni, a on przyglądał się każdemu po kolei, jakby kogoś szukał. I ja wiedziałem, kogo. Mnie. To o mnie mu chodziło. Tak, więc, przeszłość do mnie powraca. Poznajcie Jin Hyo Sang'a, pseudonim Kidoh i jednego z moich stałych klientów. Ale czego on tu kurwa chce? Zapewne szuka mnie. Tylko, po co?
 -Ej, ziemia do B-Joo! - mówił do mnie Jiho. Zamrugałem i spojrzałem na niego.
 -No?
 -Zagapiłeś się i strasznie zbladłeś. Coś się stało? Bo wyglądasz jakbyś zobaczył ducha.
 -Nie, nic - skłamałem szybko. - Chodźmy.
 -Okejj.. - widać było, że mi nie wierzy.
 Ruszyliśmy w stronę głównych drzwi, gdy usłyszałem krzyk:
 -B-Joo!
 Cholera, poznał mnie. Kurwa. Co robić? Udawać? Nie, to bez sensu. Przecież i tak już wie, że to ja.
 -Idź do szkoły, ja zaraz przyjdę - zwróciłem się do Xero.
 -Jesteś pewny? - chłopak spojrzał na mnie niepewnie. - W ogóle, co to za typek?
 -Jestem pewny. Kolega.
 Ten popatrzył na mnie powątpiewająco, znowu mi nie wierzył, ale zrobił to, o co go prosiłem.
 Odwróciłem się w stronę mężczyzny. Czeka mnie trudna rozmowa.
 -Kidoh. Dawno się nie widzieliśmy - powitałem go sztucznym uśmiechem.
 -Hymm... No ciekawe, dlaczego? - spytał z sarkazmem.
 -Nie udawaj, za dobrze cię znam, żeby wiedzieć, kiedy to robisz.
 -Yh, to, czego ode mnie chciałeś? - spytałem w końcu, unosząc jedną brew w geście zapytania.
 -Pogadać.
 -Dobra możemy pogadać, ale chodźmy na róg, tu jest za dużo osób do spokojnej rozmowy.
    *W tym samym czasie*
   *Hansol*
Gdy Jieun wysadziła mnie pod szkołą od razu dopadł mnie Luhan. Poznałem go pierwszego dnia w tej budzie i jako jedyny z tej bandy idiotów wydał mi się normalny. Podobno, że dziewczyny bardzo na niego lecą z powodu jego ładnej twarzy. Tu muszę przyznać im rację. Chińczyk miał bardzo słodką i dziecięcą twarz. On uważał inaczej, ale gdy się na kogoś złościł wyglądał jeszcze słodziej. Należy on też do szkolnej elity. Od razu się polubiliśmy, chociaż byliśmy swoimi totalnymi przeciwieństwami.
 -Co tam Lulu? - zapytałem od razu.
 -Mówiłem, żebyś mnie tak nie nazywał! - fuknął i uderzył mnie z otwartej dłoni w głowę.
 -Au? To bolało! - jęknąłem, masując obolałe miejsce. Chłopak może i nie był jakoś specjalnie umięśniony, ale przyłożyć to umiał.
 -Miało boleć idioto! Wkurz mnie bardziej, a oberwiesz mocniej - zagroził, ale z uśmiechem na ustach.
 -Okej, okej.
 -Idziemy, czy będziemy tak stać?
 -Czekaj, ja idę jeszcze zapalić. Idziesz ze mną, czy czekasz tutaj?
 -Jasne, że idę - powiedział i ruszyliśmy w kierunku wskazanego przeze mnie miejsca.
 -Oppa! - za nami rozległ się dziewczęcy krzyk. Obaj dobrze wiedzieliśmy, kto to.
 -Cholera - przeklął Luhan pod nosem, ale fałszywie się uśmiechnął i odwrócił się do tego "ktosia". - Cześć kochanie - powiedział, ale wyczułem w jego głosie niechęć, która kryła się pod maską szczęścia. Ten to nieźle potrafił grać, nadawałby się na aktora.
 A więc poznajcie Kwon So Hee, o pseudonimie Say i dziewczynę Luhana. Luhan pochodzi z bogatej rodziny tak jak dziewczyna i ich rodzice dla pokazu każą im ze sobą chodzić. Problem w tym, że ona naprawdę się w nim zakochała, a on ledwo ją znosi. Chłopak ma przechlapane.
 -Cześć Hansol-oppa - zaszczebiotała do mnie.
 -Cześć Say - ledwo powstrzymałem się, żeby nie parsknąć śmiechem. Nigdy nie ukrywałem tego, że za nią nie przepadam.
 -SAY! - kolejny dziewczęcy krzyk. Kurwa, one chcą, żebym ogłuchł czy jak?
 -J-DA! - równie głośno, o ile nie głośniej wydarła się Sohee i zostawiając Luhana, który westchnął z ulgą, pobiegła do swojej przyjaciółki.
 No, tak o niej zapomniałem. Kim Yeon Ju, pseudonim J-Da. Najbardziej fałszywa osoba, jaką znam. Dziewczyna Choi Min Ho, kapitana szkolnej drużyny piłkarskiej i najprzystojniejszego chłopaka w szkole. Niby jest z nim, a puszcza się, z kim popadnie. Ona chyba musi być bezpłodna, albo coś, zważywszy na to ilu chłopaków już ją przeleciało, a ona nigdy jeszcze nie zaszła w ciążę. Szczerze nie wiem, dlaczego Minho jeszcze z nią jest. Ale w końcu to nie moja sprawa. A ostatnio uwzięła się na mnie, chociaż już kilkanaście razy dawałem jej do zrozumienia, że mnie nie interesuje.
 Tak w ogóle do elity należą osoby takie jak:
 Choi Min Ho - kapitan;
 J-Da - dziewczyna Minho i największa dziwka w szkole;
 Lu Han - syn prezesa jednej z najlepszych firm w Korei;
 Say - córka kolejnego prezesa i dziewczyna Luhana;
 Oh Se Hun - jeden z najlepszych przyjaciół Minho i członek drużyny chyba napastnik;
 Kim Jong Hyun - kolejny przyjaciel Minho, członek drużyny i chłopak Kibuma;
 Kim Ki Bum "Key" - bogaty dzieciak, interesujący się modą, najlepszy przyjaciel Taemina i chłopak Jonghyuna;
 Yoon Doo Joon - również przyjaciel Minho i członek drużyny;
 Lee Tae Min - syn dyrektora szkoły, słodki chłopak, którego wszyscy kochają;
 No i teraz ja - również bogaty dzieciak, przyjaciel Luhana i były playboy.
 -Hansol-oppa! - ta małpa śmiała rzucić mi się na szyję i pocałować w policzek.
 Z obrzydzeniem wytarłem miejsce, w którym jej usta zetknęły się z moją skórą.
 -Fuj! Daruj sobie i złaź ze mnie - wysyczałem i zabrałem jej łapy ze swojego ciała.
 -Oppa, co z tobą? No nie mów, że ci się nie podobam... Przecież widzę, jak na mnie patrzysz...
 -Taa, jakby chciało mi się rzygać - odpowiedziałem zgodnie z prawdą.
 -Oj, Hansol-oppa przesadzasz - zachichotała, a ja modliłem się, żeby ją piorun trzasną, albo coś. Po chwili spoważniała i zapytała: - A może ty jesteś gejem, co?
 -Ta, a w domu ukrywam chłopaka, którego rżnę, co noc... - rzuciłem sarkastycznie. - Weź ty się puknij, co?
 -Z rob z chęcią - a ta szmata jak zwykle swoje.
 -Sorry, ale teraz to muszę zapalić - wywnioskowałem, że jak zaraz nie zażyję dawki tytoniu to wybuchnę. Jak powiedziałem, tak zrobiłem. Poszedłem za róg i wyciągnąłem paczkę, biorąc jednego papierosa, odpalając go i zaciągając się dymem. Oczywiście cała trójka poszła za mną i w milczeniu staliśmy pod murkiem. W pewnym momencie zza rogu od strony szkoły usłyszałem głosy, w tym jeden, który kojarzyłem.
 Wychyliłem lekko głowę zobaczyć, kto to. Był to B-Joo i jakiś mężczyzna.
 -Hansol, stało się coś? - zadał pytanie Luhan, ale uciszyłem go ruchem ręki. Posłuchał i w spokoju mogłem przysłuchać się rozmowie mojego przybranego "braciszka" z tym fagasem.
 -Więc, czego ode mnie chciałeś? - zapytał B-Joo, patrząc na mężczyznę przed sobą.
 -B-Joo, dlaczego tak nagle zniknąłeś?
 -Bo musiałem, nie interesuj się.
 -Ale czy to znaczy, że z tym skończyłeś?
 -Z czym? Z dawaniem dupy facetom?
 Byłem zszokowany. Może i nie byłem z Byungjoo blisko, ani nie znałem go za dobrze, to nigdy nie spodziewałem się po nim czegoś takiego. Był męską dziwką? No nie źle. Dawał dupy jakiś facetom za kasę, ale jak ja go całowałem to uciekał. Hymm... Ciekawe... Ale przynajmniej coś na niego mam...
 -No właśnie.
 -Tak, skończyłem. Nie chcę di tego wracać. I jak przyszedłeś spytać mnie, czy znowu będę twoją dziwką, to muszę cię zawieść, ale odpowiedź brzmi: nie, więc zostaw mnie w spokoju i zapomnij o mnie - chłopak zaczął się od niego odwracać, ale ten złapał go za ramię i z powrotem odwrócił w swoją stronę.
 -To nie tak. Nie chcę żebyś znowu to robił.
 -To, czego chcesz? - jeszcze nie widziałem u niego tak zimnego wyrazu twarzy, nawet dla mnie był milszy, a myślałem, że tylko mnie traktuje jak wroga.
 -Ogólnie ciebie. Ale nie tak jak wcześniej. B-Joo, zakochałem się w tobie. W twoim charakterze buntownika, w twoim wyglądzie, w całym tobie. Pozwól mi być twoim chłopakiem.
 No, no akcja nieźle się rozwija. Poczułem dziwne ukłucie w pobliżu serca na wyznanie mężczyzny względem Byungjoo, ale zignorowałem to. Twarz B-Joo złagodniała i podszedł bliżej do mężczyzny. Przejechał opuszkami palców po jego twarzy. Czy on chce się na to zgodzić, czy jak?
 -Kidoh, to takie słodkie... - mruknął.
 A więc, tak ten typek ma na imię? Trochę dziwne, no chyba, że to przezwisko. Ale w cholerę z tym.
 -Czyli się zgadasz? - mężczyzna patrzył na chłopaka jak zaczarowany. Ja również nie mogłem oderwać wzroku od jego twarzy. Zastanawiałem się, co on kombinuje.
 Nagle B-Joo się roześmiał. Jego twarz wyrażała czystą pogardę. Takiego zwrotu akcji to się nie spodziewałem. Nie sądziłem, że chłopaka stać na taką dwulicowość i grę aktorską.
 -Wiesz ilu mężczyzn już mi tak mówiło? - zapytał. - Niezliczona ilość. Ale ja żadnego nie kochałem. Dlaczego myślałeś, że z tobą będzie inaczej, co?
 -Myślałem, że dobrze cię znam. Ale widocznie się myliłem. Jesteś taki sam jak wszystkie dziwki, które miałem przyjemność, a raczej nieprzyjemność spotkać.
 -No, wiesz, musiałem się czegoś nauczyć przez te dwa lata - B-Joo uśmiechnął się pogardliwie. - Nigdy nie mógłbym chodzić z kimś, kto kiedyś płacił mi by móc mnie przelecieć. Miłość nie opiera się tylko na pożądaniu fizycznym. Zrozum to w końcu i przestań bujać w obłokach. A teraz żegnaj i naprawdę dobrze ci radzę zapomnij o tym, że kiedykolwiek mnie spotkałeś.
 -Nigdy nie zapomnę. Pamiętasz jaki byłeś ze mną szczęśliwy? przypomnij sobie.
 B-Joo przez chwilę nic nie mówił, zastanawiając się. Przez jego twarz przebiegł cień lekkiego szoku. Znów zwrócił się do mężczyzny:
 -Nie, nie pamiętam - odpowiedział chłodno, odwrócił się i poszedł do szkoły.
 Mężczyzna chwilę postał, patrząc za chłopakiem smutnym wzrokiem, a następnie również odszedł w swoją stronę. Ja również przez jakiś czas stałem jak wryty, przetwarzając w głowie, to, czego byłem przed chwilą świadkiem.
 -Hansol żyjesz? - przez mgłę w moim umyśle przebił się głos Luhana. - Chodź, zaraz dzwonek.
 Rzuciłem na ziemię niedopałek, a następnie poszedłem za przyjacielem do budynku.
 Na lekcjach w ogóle nie mogłem się skupić. Przez cały czas rozmyślałem, co zrobić z tym fantem zdobytym przez przypadek. W końcu postanowiłem, że nie zapomnę o tym, a wręcz przeciwnie...
 W domu czekałem cierpliwie, aż B-Joo wróci do domu. Mojego ojca nie było, Jieun też nie, więc na luzie mogliśmy porozmawiać. W końcu usłyszałem przekręcający się klucz, a następnie zdejmowane buty. Wyłączyłem telewizor, który z nudów włączyłem, leżąc na kanapie. W następnej minucie w pomieszczeniu pojawił się chłopak.
 -Cześć - rzucił na wstępie, ale nie patrzył na mnie tylko rozglądał się zapewne w poszukiwaniu pilota, który był w moim posiadaniu.
 -Cześć - odpowiedziałem.
 -Nie widziałeś może gdzieś pilota?
 -Widziałem.
 -Fajnie, a mógłbyś powiedzieć gdzie on jest?
 -Mógłbym.
 -A powiesz? - niecierpliwił się coraz bardziej.
 -Tutaj - powiedziałem i podniosłem rękę, w której trzymałem wspomniany przez niego przedmiot. - Ale nie dam ci go i nie włączysz telewizora, bo mamy do pogadania.
 -MY mamy do pogadania? - był zdziwiony. - A to niby, od kiedy i o czym?
 -Tak, MY mamy. Od tej chwili. I o tobie - odpowiedziałem na wszystkie pytania po kolei.
 -O mnie? - teraz to był już na maksa zdziwiony. - Zaczyna się robić ciekawiej... Czego chcesz?
 -Hymm... Czego ja od ciebie chce? Pomyślmy... - udałem zastanowienie dla podkreślenia tajemniczego nastroju sytuacji. - poznać twoją przeszłość - odparłem w końcu i popatrzyłem na niego z góry.
 Widocznie zbladł i nerwowo zaczął skubać skrawek bluzki, którą miał na sobie.
 -Moją przeszłość, ale, w jakim sensie? - ewidentnie próbował grać na zwłokę, ale nie ze mną te gierki.
 -Tego, czym się zajmowałeś w poprzednim mieście.
 Chyba w końcu zrozumiał, o co mi chodzi, bo spojrzał na mnie zszokowany, ale po chwili odzyskał pokerową twarz.
 -Chodziłem do szkoły, uczyłem się... - zaczął wyliczać, ale przerwałem mu.
 -Dobrze wiesz, że nie o to mi chodzi.
 -Nie wiem, o czym mówisz - dalej się stawiał, więc wyciągnąłem ciężką artylerię.
 -Więc nie wiesz, że byłeś męską dziwką?
 -T-ty... s-skąd...? - w szoku nie potrafił złożyć jednego zdania.
 -Słyszałem twoją dzisiejszą rozmowę pod szkołą z tym kolesiem... jak mu tam było... Kihod, Kidho... czy jakoś tak.
 -Chodzi ci o Kidoha?
 -O właśnie! No widzisz, czyli jednak wiesz, o czym mówię.
 -Ale jak ją słyszałeś?
 -Normalnie. Uszami, bo chyba nie nosem, co?
 -Doba, fajnie. Wiesz o tym. I co zamierzasz z tym zrobić, co? Powiesz twojemu taci, mojej mamie, dzieciakom w szkole?
 -Hym.. Rodzicom raczej nie. Ojciec i tak by się tym nie przejął, pomimo tego, że cię lubi. Twoja mama to zbyt dobra kobieta, by załamywać ją takimi informacjami. Ale szkoła... To nawet dobry pomysł... Byłbyś wyrzutkiem, marginesem społecznym...
 -Nie chciałbym ci przerywać tych podniecających fantazji, ale niestety muszę. Wiesz, w poprzedniej szkole też tak miałem, tam wszyscy wiedzieli o moim zajęciu. Ale ja jakoś się tym niezbyt przejmowałem, więc teraz pewnie byłoby tak samo... Nic by ci to nie dało. Więc, jak?
 -Na razie nie wiem - powiedziałem, wstając z kanapy. - Z tą szkołą to masz rację. Wtedy wszyscy dowiedzieliby się, że TY jesteś moim przybranym bratem i do tego dupodajną maszynką - wywnioskowałem. - A to raczej nie pomogłoby mojej nowo zdobytej reputacji - skierowałem się do wyjścia. Rzuciłem ostatnie spojrzenie na jego twarz, skrzywiłem się z obrzydzeniem i powiedziałem: - Nara dziwko. Tylko z domu burdelu nie rób i klientów tutaj nie sprowadzaj.
 Nie usłyszałem odpowiedzi, bo chłopak stał jak sparaliżowany, patrząc przed siebie.
 Wyszedłem i zamknąłem się w pokoju z myślą, że to dopiero początek koszmaru, jaki mu rozpętam...

niedziela, 22 lutego 2015

"Valentine's Day"

Hejka.
Witam was po mojej dość krótkiej jak na mnie nieobecności.
pewne osoby męczą mnie z kolejnymi częściami "New Life", ale problem w tym, że jakoś nie mam pomysłu co dalej pisać.
To opowiadanie napisane na zamówienie Cheshire Violet, która chciała słodkie opowiadanko z Hansolem i B-Joo. Nawet fajnie mi się je pisało, bo uwielbiam ten paring. Polecam podczas słuchania słuchać tego, miło mi się przy tej piosence pisało to opowiadanie.
Mniej więcej za tydzień powinno pojawić się drugie opowiadanie na zamówienie, tym razem o całkiem innym charakterze..
Zapraszam do czytania, jeśli ktoś to w ogóle czyta.



***********************************************************************************

Tytuł: "Valentine's Day"
Długość: One-Shot
Paring: HanJoo
Fandom: TOPP DOGG
Rodzaj: Fluff
Ostrzeżenia:Raczej żadne :D (może tylko jedno przekleństwo, a to u mnie cud)
Ilość słów: 1 770
 
      *Hansol*
 Tego dania wstałem bardzo wcześnie. Ubierając się i wychodząc z pokoju minąłem kalendarz wiszący na ścianie, ale dawno przeze mnie zapomniany. To mama przewracała jego kartki każdego miesiąca. Zrezygnowany do wszystkiego spojrzałem na niego. Był luty, dokładnie to 10. Mój wzrok padł na datę 14 lutego. Za cztery dni minie równo rok od tamtego dnia. Od dnia, kiedy wyjechałeś za granicę, obiecując, że równo za 365 dni wrócisz. Właśnie dzięki tej obietnicy jakoś funkcjonowałem. Równo 361 dni trwałem w przekonaniu, że jej dotrzymasz i dalej w to wierzę. Jeszcze tylko te cztery dni.
 Musiałeś wyjechać tuż po tym, jak obaj zorientowaliśmy się o swoich uczuciach. Powiedziałeś mi to pierwszy, pamiętasz?
 Był to słoneczny dzień, mimo iż teoretycznie była zima. Słońce strasznie raziło mnie w oczy, więc prawie cały czas miałem okulary przeciwsłoneczne. Zadzwoniłeś do mnie, mówiąc, żebyśmy się spotkali, bo masz mi coś ważnego do powiedzenia. Ucieszyłem się na tą propozycję, pomimo tego, że byliśmy najlepszymi przyjaciółmi i spotykaliśmy się codziennie. Nigdy nie miałem dość spędzania czasu z tobą. Już wtedy wiedziałem, że jesteś dla mnie kimś więcej niż przyjacielem, ale bałem się ci o tym powiedzieć, nie wiedziałem jakbyś na to zareagował. Spotkaliśmy się. Zapytałem, o co chodzi, a ty odpowiedziałeś, żebyśmy poszli w bardziej ustronne miejsce. Poszliśmy do mało uczęszczanego parku. Nie było tam żadnej żywej duszy poza naszą dwójką. Wybiła godzina 17.00. Znów zadałem to pytanie. Widocznie chciałeś odwlec odpowiadanie na nie, bo zaproponowałeś, żebyśmy usiedli na ławce. I tak zrobiliśmy. Objąłem cię ramieniem i przez chwilę siedzieliśmy w takiej pozycji, w kompletnej ciszy. W tamtej chwili nie wiedziałeś ile dla mnie znaczy sama twoja obecność, ale powiem ci, że bardzo dużo. Znowu zapytałem i tym razem się nie opierałeś. Powoli odsunąłeś się ode mnie, co bardzo mnie zdziwiło, zawsze lubiłeś się do mnie przytulać jak do przytulanki. Zaniepokoiło mnie to. Spojrzałem ci w twarz i dostrzegłem na niej powagę. Ty poważny? To był pierwszy raz, gdy miałeś taką mimikę twarzy. Zawsze byłeś uśmiechnięty, radosny i beztroski. Z niepokojem zapytałem czy coś się stało. Pokręciłeś przecząco głową. Znów zapytałem o cym chciałeś ze mną pogadać. Odpowiedziałeś, że o mnie. Zdziwiłem się i zapytałem, o co dokładnie ci chodzi. I wtedy z twoich ust padły te dwa magiczne słowa "kocham cię". Rozpierała mnie wtedy euforia. Cieszyłem się jak nigdy dotąd. Rzuciłem się na ciebie, mocno przytulając i całując w usta. Odpowiedziałem tymi samymi słowami, co ty przed chwilą. Ty również się ucieszyłeś. A potem śmiałeś się z nas, że dopiero teraz się do tego przyznaliśmy. Tego dnia zaczęliśmy ze sobą chodzić. W dzień walentynek zaplanowałeś romantyczną kolację w restauracji. Kupiłem ci prezent. Zawsze uwielbiałeś przytulanki, więc była to wielka poduszka w kształcie serca z napisem "I ♥ YOU". Przyszedłeś, ale twoja twarz wyrażała zarówno radość, jak i smutek. Miałeś ze sobą walizkę. Spytałem, po co ci ona i wtedy ty oznajmiłeś mi, że wyjeżdżasz. Zacząłeś płakać i przepraszać. Przytuliłem cię  i zapytałem na jak długo. Odpowiedziałeś, że na rok. Nie mogłem uwierzyć. Cały rok bez ciebie? Bez twojego uśmiechu? Śmiechu? Humorków? Nie wiem, czy to przeżyję. Powiedziałem, że to przecież nic takiego, że w końcu wrócisz. Uśmiechnąłeś się smutno i zapewniłeś, że zawsze będziesz o mnie pamiętał. Dałem ci poduszkę, (którą od razu do siebie przytuliłeś), ty mi wisiorek z połową serca, (miałeś taki sam), a potem wyleciałeś.
 Przestałem rozmyślać i wspominać. Minęło już 361 dni. Jeszce cztery i znowu cię zobaczę. Jestem ciekaw czy zmieniłeś się czy jednak nie. Ciekawe czy dalej masz te białawe włosy. Ja sam zmieniłem fryzurę. Przerzuciłem się na czarny kolor. Zacząłem również używać eyelinera do oczu. Pewnie zdziwi cię mój nowy image, ale myślę, że ci się spodoba. Znów otrząsnąłem się z myśli. Nie wiem, dlaczego w myślach zwracam się jakby bezpośrednio do B-Joo, ale tak mi lepiej.
 Dzień zleciał mi bardzo szybko. Kolejne także.
 14 luty. TEN dzień, na który tak czekałem. To dzisiaj obiecał wrócić. Kazał mi przyjechać na lotnisko. I tak zrobiłem.
 Na miejscu byłem z godzinnym wyprzedzeniem. Nie mogłem usiedzieć w jednym miejscu, byłem strasznie podekscytowany, że po tak długim czasie spotkam w końcu B-Joo. W końcu będę mógł go dotknąć, przytulić, pocałować.
 Ta godzina strasznie mi się dłużyła. Niby tylko te 60 minut, ale dla mnie była ona jak wieczność.
 Ale nareszcie minęła i ogłoszono, że samolot z USA właśnie wylądował. Niecierpliwie czekałem, aż pasażerzy zaczną wychodzić z pokładu. Po jakiś dwudziestu minutach zaczął zbierać się tłum ludzi odbierających swoje bagaże. Z niecierpliwością szukałem wzrokiem tej jednej jedynej osoby. I w końcu go zobaczyłem Jak zawsze piękny, uśmiechnięty i słodki. On również zmienił fryzurę. Nie miał loczków, lecz proste włosy trochę zachodzące na lewe oko. Kolor również miał inny. Teraz był to zwykły brązowy. Podobał mi się jego nowy wygląd. Zresztą, ja to kochałbym go w każdym możliwy wydaniu. Kocham go ponad wszystko i to się nigdy nie zmieni.
 B-Joo również się rozglądał, szukając kogoś. Pewnie mnie. Chciałem do niego podejść, ale zamiast tego stałem i gapiłem się na niego jak ciele w malowane wrota. W końcu mnie zauważył i uśmiechnął się jeszcze szerzej, o ile to było w ogóle możliwe. Również nie mógł się ruszyć. Przez dość długą chwilę patrzyliśmy sobie prosto w oczy. Zupełnie jakby inni ludzie nie istnieli i byliśmy tylko my dwaj. Zrobiłem pierwszy krok w jego stronę, on również, a potem B-Joo zaczął biec prosto na mnie. Zostawił torbę i rzucił się na mnie przytulając mocno. Objąłem go ramionami w pasie, przyciągając  go jeszcze bliżej siebie.
 -Tęskniłem - wyszeptałem mu na ucho.
 -Ja za tobą też Hansollie... - odpowiedział. Poczułem coś mokrego na koszulce, więc odsunąłem B-Joo od siebie na długoś ramienia i spojrzałem na jego twarz. Po jego delikatnych policzkach spływały łzy.
 -B-Joo-ah, dlaczego płaczesz? - zapytałem, rękawem bluzki wycierając jego łzy.
 -To ze szczęścia. Po prostu bardzo się cieszę, że do ciebie wróciłem. Nie wiem jak ja wytrzymałem w tym cholernym USA bez ciebie.
 -Ja też nie wiem. Przed załamaniem się powstrzymywała mnie twoja obietnica powrotu.
 -Przepraszam, już nigdy nigdzie bez ciebie nie wyjadę, przysięgam - powiedział.
 -Ja też cię nie zostawię - obiecałem. - Nigdy nie mógłbym tego zrobić. Kocham cię - dodałem jeszcze.
 -Ja ciebie też Hansol - odpowiedział. A ja w końcu go pocałowałem. Włożyłem w ten pocałunek całą miłość, jaką go darzyłem, tęsknot za nim i radość z jego powrotu. Odpowiedział na to zarzucając mi ramiona na szyję. Zapomnieliśmy nawet o tym, że jesteśmy na lotnisku, na którym jest mnóstwo ludzi i teraz pewnie wszyscy się na nas gapią, jak na rzadki gatunek zwierzęcia w zoo. Nie przejmowaliśmy się tym, dalej ciesząc się swoją bliskością.
 Przerwałem pocałunek i spojrzałem na ukochanego.
 -Wracajmy do domu - zakomunikowałem, łapiąc go za rękę. - Mam coś dla ciebie - oznajmiłem. Chłopak zawsze kochał niespodzianki, więc nie zdziwiła mnie jego reakcja.
 -Naprawdę? Gdzie? - zaczął, gdy tylko to powiedziałem, przyglądając się mi od stóp do głowy, czy czegoś ze sobą nie mam.
 -Hehe - zachichotałem i uśmiechnąłem się do B-Joo tajemniczo. - Nie mam pry sobie. Jest w domu.
 -No to, na co my jeszcze czekamy?! - zapytał i zaczął mnie ciągnąć mnie za rękę w stronę wyjścia.
 -Hej, hej spokojnie, bo mi rękę urwiesz - znów się zaśmiałem. Z B-Joo u boku wszystko wydawało mi się kolorowe, proste i piękne. Nie wiem, co bym bez niego zrobił. Bez mojej miłości do niego i jego do mnie. To ona nadawała sens całemu mojemu życiu. Poczochrałem go po włosach. - Jesteś uroczy.
 -Wcale nie jestem uroczy... - wydął policzki, a ja uśmiechnąłem się jeszcze szerzej. - Przez ten pobyt w USA bardzo wydoroślałem.
 -Haha, n pewnie, że tak skarbie - powiedziałem dla świętego spokoju i pocałowałem go w policzek.
 -Oj, chodźmy już - powiedział prosząco, robiąc słodkie oczka szczeniaczka.
 -Właśnie widzę jak dorosłeś - rzuciłem sarkastycznie, ale ze śmiechem. - Dobra, chodźmy.
 Wyszliśmy trzymając się za ręce.
 W drodze powrotnej B-Joo opowiadał mi, co robił w USA, a ja słuchałem do końca. Następnie ja powiedziałem jak było u mnie.
 Po półgodzinie dotarliśmy do domu. Nasi rodzice po ukończeniu przez nas pełnoletności pozwolili nam zamieszkać razem. Mieszkanie nie było jakieś wielkie. Znajdował się w nim salo, kuchnia, dwie łazienki i dwa pokoje. Jeden był mój, drugi B-Joo, ale, od kiedy zostaliśmy parą jeden jest wolny.
 Weszliśmy do środka, a chłopak westchnął głośno.
 -W końcu w domu.
 Gdy zdjęliśmy buty i kurtki, podszedłem do niego i zasłoniłem mu oczy, stając za nim.
 -Nie podglądaj - szepnąłem B-Joo na ucho, delikatnie owiewając je oddechem. Młodszy zadrżał na ten gest.
 -Okej - zgodził się.
 Poprowadziłem go do salonu, gdzie wszystko było przygotowane. Zatrzymaliśmy się. Zabrałem dłonie z jego oczu.
 B-Joo patrzył na widok przed sobą szeroko otwartymi oczami  i buzią. Na środku pokoju stał stół przykryty czerwonym obrusem, na którym stały świeczki, cały w płatkach róż i z zastawą dla dwóch osób. Pomyślałem, że skoro rok temu ten pomysł nie zbyt wypalił to można by to jakoś naprawić. Niby mogłem zarezerwować stolik w restauracji, ale wolałem żebyśmy byli tylko sami.
 -Wow - wyrwało się z ust Byungjoo. - Ty to wymyśliłeś?
 -Oczywiście, że ja - odpowiedziałem. - Coś nie tak? Nie podoba ci się? - zasmuciłem się.
 -Nie, nie! - zaprzeczył od razu, widząc moją smutną minkę. B-Joo wybuchł radosnym płaczem i rzucił się na mnie. - Jest pięknie! Kocham cię Hansol.
 -Tez cię kocham - odpowiedziałem, oddając jego gest. - Chodź, pewnie jesteś głodny.
 Usiedliśmy przy stole, podałem danie i rozpoczęliśmy kolację B-Joo cały czas zachwycał się, jakie to wszystko jest przepyszne. Było bardzo romantycznie. Chłopak był zachwycony niespodzianką. Cieszyłem się, że mu się podoba. Byłem z siebie zadowolony. Po zjedzonym posiłku uznałem, że jest to idealny moment. Odszedłem od stołu i poszedłem do pokoju po TĄ rzecz. Wróciłem do niego i uklęknąłem na jedno kolano. Byungjoo patrzył na mnie zdziwiony i zaciekawiony.
 -Kim Byung Joo - zacząłem. - Wiesz, że kocham cię najbardziej na świecie. Po tej rocznej rozłące doszedłem do wniosku, że bez ciebie nie mógłbym normalnie żyć - wyciągnąłem przed siebie czerwone, aksamitne pudełeczko i otworzyłem je. W środku znajdował się srebrny pierścionek. - Chciałem się ciebie spytać. Czy będziesz ze mną już na zawsze?
 Młodszy patrzył oniemiały to na mnie to na przedmiot trzymany w moich dłoniach. A potem po raz kolejny wybuchł niepochamowanym płaczem, upadł na kolana obok mnie i mocno przytulił.
 -Oczywiście, że tak - odpowiedział w końcu. A mnie zalała fala ulgi i szczęścia. - Kocham cię ponad życie i nie wyobrażam sobie życia bez ciebie.
 Ucieszony wsunąłem pierścionek na jego palec, a potem go pocałowałem.
 Dalej klęczeliśmy na podłodze, więc wstałem i pomogłem w tym mojemu, teraz już narzeczonemu.
 Tą noc spędziliśmy razem w łóżku i nie wychodziliśmy z niego, aż do południa następnego dnia.

niedziela, 15 lutego 2015

,,Obudź się..." Rozdział 7



Hejka.
Witam was ponownie po tygodniowej nieobecności.
Tak jak obiecałam wstawiam ostatni rozdział "Obudź się..."
Dziwię się, że w ogóle udało mi się skończyć to opowiadanie.
Podczas pisania miałam tyle zawieszek, że oobawiałam się iż go nie zakończę.
no, ale udało się, dobrnęłam do końca i jesem szczęśliwa z tego powodu.
teraz zajmę się "New Life".
zapraszam do czytania.

~•~•~•~•~•~•~•~••~•~•~•~•~•~•~••~•~•~•~•~•~••~•~•~•~•~••~•~•~•~•~••~•~

Tytuł: "Obudź się..."
Ilość: 7/7
Paring: JRen
Fandom: NU'EST
Rodzaj: Fluff
Ostrzeżenia: przekleństwa, scena łóżkowa

*JR*
-Gdyby nie miłość do ciebie nigdy by do tego nie doszło. Nigdy bym nie został...
-Nie zostałbyś, co?.
No, o co mu do cholery chodzi?
-Nie ważne...
O nie, nie wywiniesz mi się tak łatwo.
-Ren... - zacząłem groźnie, dopiero potem łagodząc głos. - Jak już zacząłeś, to dokończ?
Blondyn spuścił wzrok na swoje ręce, którymi nerwowo się bawił.
-Nie, no to naprawdę nie jest ważne.
Podszedłem do jego łóżka i złapałem Rena za ramiona, pochylając się nad nim i patrząc prosto w te piękne oczy.
-Ren, powiedz - powiedziałem stanowczo.
-Ale, ale... - Jąkał się.
Kurwa, jakby to z niego wyciągnąć? Chwilę nad tym myślałem, aż w końcu wpadłem na pewien pomysł. Nie wiem, czy zalicza się on do tych dobrych. No, ale w końcu raz się żyje, prawda?
Jeszcze bardziej się pochyliłem, zmniejszając odległość niemal do zera.
Lekko musnąłem swoimi ustami te należące do Rena.
Nie odpowiedział na ten gest od razu, lecz dopiero po krótkiej chwili. Nie zapędzając się, oderwałem się od niego, z niechęcią muszę przyznać. Usta miał jeszcze słodsze i miększe niż myślałem.
Chłopak jęknął zawiedziony.
-Teraz mi powiesz? - zapytałem, pewny, że teraz uzyskam odpowiedź na moje pytanie.
Ren niepewnie pokiwał głową na zgodę.
-Dobrze, powiem ci. Tylko pod jednym warunkiem.
-Jakim?
-Obiecaj mi, że się nie wkurzysz. Że nikomu nie powiesz, a już na pewno nie reszcie chłopaków. I że się ode mnie nie odwrócisz i nie zostawisz.
Po co on mnie o to prosi, przecież nigdy nie mógłbym go zostawić. No, ale skoro o to prosi, to musi mieć jakiś powód.
-Obiecuję - powiedziałem pewnie.
-Co wam powiedział lekarz?
Popatrzyłem na niego z niezrozumieniem.
-Ale, w jakiej kwestii?
-Tego, co mi się stało.
-Powiedział, że jesteś w ciężkim stanie, że masz małe szanse na powrót do zdrowia i chyba tyle...
-Jonghyun, jesteś pewny? Na pewno nie mówił nic jeszcze?
-No nie.
-Nawet żadnych swoich przemyśleń, podejrzeń? - drążył dalej. - Zastanów się Jong.
Powiedział do mnie Jong, nie Jonghyun, tylko Jong. Boniu, ale w jego ustach to słodko brzmi...
Wyrzuciłem z głowy niepotrzebne myśli, niepozwalające mi się skupić.
Zrobiłem tak jak mnie o to prosił. Przeczesywałem swoje wspomnienia, próbując sobie coś przypomnieć.
Olśniło mnie. Była jedna rzecz, o której zapomniałem, a raczej w ogóle nie chciałem jej do siebie dopuścić.
Lekarz wyraził swoje przypuszczenia, najgorsze z najgorszych. Gwałt.
-Powiedział... - wyszeptałem zszokowany. - Obawiał się, czy nie zostałeś zgwałcony... - popatrzyłem na Minkiego zapłakanymi oczyma. - Proszę, powiedz, że nie miał racji.
-Nie, nie miał.. - odetchnąłem z ulgą, ale chłopak nie skończył jeszcze mówić. - Ale nie był daleko od prawdy...
Zerwałem się z krzesła i podbiegłem do niego.
-Jak to nie był? Co tam się do cholery stało?
-Jong, ja... nie jestem taki jak wszyscy myślą. Jestem idiotą, kimś, kto nie zasługuje by żyć, by być kochanym...
-Ren, co ty gadasz? Każdy człowiek zasługuje na życie i miłość.
-Nie Jonghyun! Nie rozumiesz!
-To mi to wytłumacz!
-Byłem męską dziwką, zwykłą szmatą! - wykrzyczał.
Byłem zszokowany. Nie mogłem w to uwierzyć. Jak? Dlaczego? Milion pytań cisnęło mi się na usta. Zadałem te, które wydawało mi się najbardziej odpowiednie.
-Dlaczego?
-Bo nie mogłem znieść, tego jak mnie traktowałeś. Kochałem cię, bolało mnie to. Chciałem czyjejś bliskości, nawet nie zauważyłem, jak daleko to zaszło. - wyjaśnił. Spuścił wzrok na szpitalną, białą pościel. - Przepraszam, tak bardzo żałuję. Nie nienawidź mnie, proszę... - wyszeptał, a po jego policzkach spłynęły słone krople łez.
Teraz zrozumiałem, że tym bardziej nie powinienem go traktować, tak jak to robiłem wtedy. Ren nie był winny, tylko ja. To przeze mnie zaczął podwójne życie i skończyło się to pobytem w szpitalu i śpiączką.
Złapałem podbródek między palce, drugą ręką ścierając jego łzy.
-Nie płacz - poprosiłem. - To ja powianiem cię przeprosić. To moja wina. Przepraszam. Zapomnijmy o tym i zacznijmy od nowa, co ty na to? - zapytałem pełen nadziei, że się zgodzi.
-Oczywiście, że tak. Tobie nie mógłbym odmówić. - uśmiechnął się lekko.
Znowu go pocałowałem. Tym razem dłużej i namiętniej. Nasze języki splotły się w słodkim tańcu. Ta chwila mogłaby trwać dla mnie wiecznie. Jednak Ren przerwał to.
-Jong, ja nie jestem pewien, czy będę mógł z tym skończyć... Już tyle razy próbowałem, ale nigdy mi się to nie udało.
-Spokojnie, wtedy nie miałeś nikogo, teraz masz mnie. Pomogę ci.
-Dziękuję. Kocham cię.
-Ja też cię kocham, skarbie.
*W tym samym czasie*
*Minhyun*
Już dłuższy czas siedzieliśmy pod salą i czekaliśmy na wyjście JR'a. Po tym jak wyszliśmy, Jonghyun został sam z Renem. Trochę się bałem, ale wierzyłem JR'owi, że się zmienił i kocha Rena.
Reszta, poza mną, widocznie tak nie uważała. Wszyscy siedzieli spięci i zdenerwowani. Czy oni aż tak nie ufają JR'owi? Przecież to ich przyjaciel tak samo jak mój, do cholery. Wiem, że Jonghyun nie mógłby ponownie skrzywdzić Rena. Za bardzo go kochał, widziałem to.
Widząc niepewność nawet na twarzy Arona, przytuliłem go.
-Hyung, nie martw się, będzie dobrze. JR nie skrzywdzi Rena, niw widzisz tego, że on go naprawdę kocha?
Aron przytulił mnie do siebie, głaszcząc po włosach.
-Min, ja wiem o tym. Martwię się o to jak Ren zareaguje. Jak ty byś zareagował, gdyby osoba, o której myślisz, że cię nienawidzi, nagle wyznała ci, że cię kocha?
Nie wiedziałem, co mu odpowiedzieć. Totalnie zbił mnie z tropu tym pytaniem.
-Szczerze? - pokiwał głową twierdząco, chociaż nie oczekiwałem odpowiedzi. - Wkurzyłbym się.
-No właśnie - podsumował. - I boję się, że Ren tak właśnie zareaguje.
-Masz rację - pocałowałem go w policzek. - Ale Ren też go kocha, więc może nie ma, o co się martwić...
-A skąd ty wiesz, że go kocha?
-Jestem jego najlepszym przyjacielem, wiem o tym.
-No dobra, niech ci będzie.
*Dwa dni później*
*JR*
Ren wyszedł ze szpitala dwa dni później. Wybaczył mi moje wcześniejsze tchórzowskie zachowanie. Powiedział, że mnie kocha.
Przez ten czas przychodziłem do szpitala codziennie. Siedziałem z Minkim i rozmawialiśmy przez cały mój pobyt. Próbowaliśmy odrobić ten czas naszej "nienawiści".
Chłopaki z radością przyjęli wiadomość o naszym związku.
Tak, Ren to mój chłopak. Daliśmy sobie szansę. Chociaż dalej nie mogę przeboleć tego, że on się puszczał z jakimiś typkami. Ren chyba to po mnie widział. Tysiąc razy mnie już przepraszał.
W domu zauważyłem, że bardzo wciągnął się w tą "pracę". Cały czas mnie uwodził. Chodził bez bluzki, bądź w samych bokserkach i koszulce, mojej oczywiście, sięgającej do połowy ud. Zawsze uważałem, że ma piękne nogi, ale teraz, gdy mogę bezkarnie na nie patrzeć, a nawet ich dotknąć, wydają się jeszcze piękniejsze. Ale nic nie przebije tych słodkich, malinowych usteczek. Uwielbiam je całować. Zawsze o nich marzyłem, a teraz mam je na własność. Są tylko moje. Ren jest teraz tylko mój. Nikomu go nie oddam. Nigdy go nie zostawię.
-Ziemia do JR - ktoś machał mi ręką przed twarzą. Zamrugałem i popatrzyłem na tego natręta. Min.
-Co? - niezbyt jeszcze kontaktowałem, wyrwany z myśli o moim boskim chłopaku.
-Odleciałeś. Mówiłem do ciebie, a ty tylko siedziałeś, patrząc się w jeden punkt z głupawym uśmieszkiem na ustach. O czym tak myślałeś? Czy może raczej, o kim? - poruszył śmiesznie brwiami, aż parsknąłem śmiechem.
- Nie twój interes. Mów, co chciałeś.
-Powiedzieć ci, że jakiś czas temu Ren cię szukał.
Od razu się ożywiłem.
-A gdzie on jest? - spytałem.
-Chyba w waszym po... - zanim zdążył dokończyć, mnie już nie było.
Pobiegłem do pokoju pewny, że coś się stało mojemu skarbowi. Wpadłem do pokoju prawie wyrywając drzwi z zawiasów i w ostateczności lądując na podłodze boleśnie upadając na kolana.
Gdy już zebrałem swój liderski tyłek z jakże miękkiej i wygodnej podłogi, rozejrzałem się po pomieszczeniu wzrokiem szukając blondyna. Dostrzegłem postać stojącą przy łóżku i patrzącą na mnie zdziwionym i rozbawionym spojrzeniem. Dopiero po chwili zorientowałem się, że chłopak trzyma w dłoniach urania, a sam nic na sobie nie ma.
Patrzyłem na obraz przede mną jak cielę w malowane wrota. Nie mogłem oderwać wzroku od jego szczupłej, choć posiniaczonej sylwetki.
*Ren*
Gdy obudziłem się w szpitalu byłem zdezorientowany. Nie wiedziałem co ja tu robię. Co się stało, że tu wylądowałem? Potem wszystko sobie przypomniałem.
Moich klientów, którzy okazali się sadystami. Ból. Łzy. Błaganie. Zimno. Ciemność. Ostatnie co pamiętam go czyjeś silne ramiona obejmujące mnie mocno. Potem straciłem przytomność.
Lekarz wyjaśnił mi, że w wyniku pobicia zapadłem w śpiączkę. Byłem nie przytomny przez chyba dwa miesiące. Ile mogło się wydarzyć w tym czasie?
Następnie spotkanie z chłopakami. Tęskniłem za ich widokiem. Ale za Jonghyun'em najbardziej, pomimo jego wyzwisk i w ogóle. Gdy zobaczyłem go, jako ostatniego wchodzącego do mojej sali, ucieszyłem się. Ale radość nie trwała długo. Patrząc na jego twarz nie widziałem tego samego JR, wrednego, bez serca, tylko osobę załamaną i zapłakaną. Przez moją głowę przeleciało pytanie: "Rzuciła go dziewczyna? Nie to nie możliwe, to on zawsze je rzucał, nie na odwrót". Przez całą ich wizytę starałem się na niego nie patrzeć, ale niezbyt mi to wychodziło. Mój wzrok sam kierował się w jego stronę.
Rozmowa z nim. Wyznał, że mnie kocha, że zawsze mnie kochał. Nie mogłem w to uwierzyć. On, ten który mnie wyzywał i poniżał? Ale czy on mi wybaczy? Powiedziałem mu prawdę, nie mogłem go okłamywać. Wybaczył mi. Byłem szczęśliwy. Tak szczęśliwy, jak nigdy wcześniej.
Nie znalazłem JR. Poprosiłem Minhyuna, żeby, jak go zobaczy powiedział mu, że go szukałem. Arona nie było w domu, wiec mojemu przyjacielowi nudziło się. Gdy dowiedziałem się, że Min chodzi z Aronem trochę się zdziwiłem. Nic mi nie mówił o tym, że zakochał się w starszym. Ale cieszyłem się ich szczęściem.
Poszedłem do pokoju przebrać się w piżamę. Byłem w trakcie odkładania ubrań, gdy drzwi otworzyły się z hukiem i ktoś wpadł do pomieszczenia. Odwróciłem się zdziwiony. Na podłodze, na kolanach był JR. Wyglądało to komicznie. Spojrzałem na niego rozbawiony, totalnie zapominając o jakże ciekawym fakcie mojej nagości. Przypomniałem sobie o tym doiro, gdy ten zaczął się na mnie gapić jak cielę w malowne wrota, jakbym był jakimś aniołem. Spojrzałem na szafę na której znajdowało się wielkie lustro. Przyjrzałem się sobie. Nie byłe żadnym cholernym aniołem. Chudy. Lekko umięśniony. Blada cera. Siniaki pokrywające prawie jażdy milimetr mojego ciała. Może kiedyś byłem piękny, ale teraz na pewno nie. Dziwię się, że JR coś we mnie widzi. Jansam patrząc na siebie widziałem jedynie dziwkę, nic więcej.
-Jestem ohydny.
-Nie jesteś - usłyszałem zmysłowy szept przy uchu. Zadrżałem. Newet nie zauważyłem kiedy do nie podszedł.. Objął mnie od tyłu w pasie, podbródek układając na moim ramieniu i patrząc na nasze odbicie. - Jesteś piękny - lekko pocałował mnie w szyję. Znów zadrżałem.
-Nie brzydzisz się mnie dotykać? - zapytałem beznamiętnym głosem. JR splótł nasze pace na moim podbrzuszu. Mocniej przycisnął mnie do siebie.
-Jestem dziwką. Tego tytułu nie pozbędę się tak szybko.
-Byłeś, już nie jesteś, rozumiesz? Bądź silny. Dla mnie. Proszę - pierwszy raz słyszałem jak Jonghyun kogoś o coś prosi. Pokiwałem głową. Jonghyun obrócił mnie za ramiona w swoją stronę. Pocałował mnie lekko w usta. - Kocham cię i ci pomogę, dobrze?
Znów pokiwałem głową, niezdolny do wykrztuszenia jakiegkolwiek słowa. Stałem bez słowa i pozwalałem, żeby JR mnie całował, odpowiadając na tą pieszczotę bardzo chętnie.
W pewnym momencie nasze pocałunki zmieniły się w bardziej intymne i rozgorączkowane. JR świetnie całował, więc nie miałem problemu z dostosowaniem się do jego tępa. Już zdążyłem pokochać jego usta. Uwielbiam sposób w jaki mnie całował. Z jednej strony delikatnie, jakby bał się, że zaraz się rozpadnę, a z drugiej dziko, jakby nie miał dość.
Moje dłonie znalazły się pod jego bluzką. Jonghyun nie protestował przeciw mojemu dotykowi na swoim ciele. W następnej sekundzie wspomniana część garderoby wylądowała gdzieś na podłodze. Oderwałem się od jego ust i zachwyconym wzrokiem zlustrowałem jego tułów. Już nie dziwię się dlaczego tyle kobiet na niego leciało. Miał idealnie wyrzeźbione mięśnie brzucha. Nie za bardzo, dzięki czemu nie wyglądał jak napakowany maczo. Przejechałem dłonią po jego brzuchu, wyczuwając pod palcami jak napina mięśnie. Spojrzałem na jego twarz, orientując się, że z uwagą śledzi każdy mój ruch. Uśmiechnąłem się do niego. Znów zaczęliśmy się całować.
Kilka minut później Jonghyun również nic na sobie nie miał.
Obaj byliśmy już nieźle podnieceni. Starszy zaczął mnie popychać, domyśliłem się, że w stronę łóżka. Chwilę później leżałem już na czerwonej, satynowej pościeli, wybranej oczywiście przeze mnie. Pod plecami czułem jej chłód, lecz ja sam byłem cały rozpalony. Znowu zaczęliśmy wymieniać się gorącymi pocałunkami. JR zassał się na mojej dolnej wardze, przez co jęknąłem cicho. Chłopakowi chyba spodobał się ten dźwięk, bo zaczął zabawiać się moimi sutkami. Wiłem się pod nim i jęczałem coraz głośniej. Próbowałem zdusić to w sobie, ale przyjemność brała nade mną górę. Już samo to, że tą osobą był Jonghyun silnie na mnie działało, a połączenie z jego dotykiem doprowadzało mnie niemalże do obłędu.
-Jesteś tego pewny? - szepnął do mnie, głaszcząc moje uda od wewnętrznej strony.
-Nigdy wcześniej nie byłem niczego aż tak pewny - odpowiedziałem, uśmiechając się.
-Ren mam tylko jeszcze jedno pytanie - pokiwałem głową na zgodę. - Z kim straciłeś dziewictwo? - wypalił na jednym wydechu. - I kiedy to było?
-W gimnazjum, z kolegą, który myślał, że jestem dziewczyną, bo chłopaki mnie tak przebrali - uśmiechnąłem się na wspomnienie o tamtych czasach. To były fajne czasy wolności i szaleństwa. - Obaj byliśmy zbyt pijani, żeby wiedzieć co robimy. Byliśmy młodzi i chcieliśmy spróbować jakiś nowych rzeczy.
-Spoko. A...
-Jong, nie pierdol od rzeczy, tylko działaj!
Nie dałem mu dokończyć, tylko wydarłem się.
Nie odpowiadając, wszedł we mnie, mocno. Krzyknąłem. Zalała mnie fala przyjemności. Z przyzwyczajenia noe czułe, bólu.
Kiwnąłem głową, dając mu znak, żeby kontynuował. Zaczął się poruszać, na początku wolno, jakby bał się, że coś mi zrobi.
-J-jong, kurwa szybciej - wyjęczałem mu do ucha.
Obaj ledwo co łapaliśmy oddech.
-Ahh!!! - krzyknąłem, gdy trafił w mój czuły punkt, podwajając zalewające mnie doznania... - S-szybciej... O kurwa...
Doszedłem krzycząc imię mojego ukochanego. Kim wszedł we mnie jeszcze kilka razy, a następnie doszedł we mnie.
Opadł na moje rozedrgane ciało, przytulając mnie do swojego torsu.
-Kocham cię - powiedział i pocałował moje spocone czoło. Okrył nas kołdrą i wygodnie się ułożył.
-Ja ciebie też - odpowiedziałem. Wtulając się w niego jeszcze bardziej, ziewnąłem. - Dobranoc.
-Dobranoc, skarbie - usłyszałem, zanim zasnąłem.
Ostatnia moja myśl brzmiała:
Od teraz będzie o wiele lepiej.